Nie tak

Prawie miesiąc. Krótkie spotkanie, tylko rozmowa, tak powinno być. A potem przerwa. Nie odbierałam telefonów. I ciągłe wpadanie na siebie – jadę, a jego auto na parkingu. Jadę przez miasto, a jego auto przede mną. Po tylu tygodniach, kiedy wydawało mi się, że już jest stabilnie, że już się uodporniłam, odebrałam telefon. Rozmawialiśmy chyba przez  godzinę, i znów, i znów… Poszłam z mężem na imprezę, mąż na moment oddalił się, weszłam do sali, wpadłam na niego, złapał mnie za dłoń, a ja zastanawiałam się, czy ktoś z obsługi zauważył ten gest, a potem, kiedy też stał z nami mąż, a on przydeptywał mi stopy, czy ktoś to dostrzegł. Zadzwonił mój telefon, on zaproponował, żebym spokojnie porozmawiała w jego gabinecie. Rozmawiałam, a jego usta błądziły po moim karku, jego dłonie pod moją sukienką, na moim ciele, kiedy rozłączyłam się, na moment nasze usta się spotkały, a ja uświadomiłam sobie, jak bardzo za tym tęskniłam, za jego ustami. Odsunęłam go, mówiąc, że nie możemy. Że muszę wrócić na salę. Poprawił moje włosy, żeby zakryć zaczerwienienia na szyi. Następnego dnia znów telefony. Rozmowy bez końca. Choćby o tym, że pojechał do domu się przebrać, rozbierał się, a ja poprosiłam o szczegóły. Rozmowa o krawacie, czy rozwiązuje, czy tylko rozluźnia węzeł, żeby go na nowo nie wiązać… I że kupił nowe buty na uroczystość, że już sama nie wiem, o czym jeszcze, dużo o jego pracy, głównie on mówił, a ja słuchałam, tak inaczej, bo zazwyczaj to ja gadam…

Nie udało nam się wczoraj spotkać. Powiedział, że pojedzie na parking i będzie czekał, a ja mam zadzwonić, czy jadę, jak mnie nie będzie, to sobie pojedzie… Podjeżdżając zadzwoniłam, nie odebrał. Zaparkowałam, nie było go. Po 10 sekundach odjechałam, po chwili zadzwonił. Powiedziałam, że już wracam, że szkoda, że go nie było. Nawet nie pojechał, czekał na mój telefon. Umówiliśmy się na następny dzień. Nad ranem śnił mi się. Wtulałam się w jego ramiona, całowaliśmy się. Nie chciałam wychodzić z łóżka. Nawet sobie nie zdawałam sprawy, że tak bardzo za nim tęsknię. Rozmawialiśmy o pończochach. Rano, przed wyjściem, wyciągnęłam parę szarych pończoch z aplikacją, kiedy je kupiłam, były za małe, za wąskie, ale pomyślałam, że skoro waga pokazuje, że schudłam prawie 4 kg, to może zmieszczę się w te pończochy. Udało się. Lało jak z cebra. Cieniutkie, szare pończochy i zimowa kurtka. Pojechałam, krążąc po mieście i zastanawiając się, czemu on jeszcze nie dzwoni, zadzwonił, przejeżdżałam przez ulicę, przy której mieszka jego kobieta, gdy powiedział, że jest w domu, że wychodzi i zapytał, gdzie jestem. Za moment ujrzałam, jak jego samochód jedzie za mną. Znów parking, w deszczu. Moje auto, on w garniturze, nowe buty, w kolorze jego oczu, w kolorze garnituru, w powietrzu zapach świeżo prasowanej koszuli, Stary krawat, bo nowego nikt mu jeszcze nie zawiązał. Moje pończochy, jego spodnie na podłodze samochodu, dłonie, usta, stałe schematy, koniec na moich pończochach i sperma kapiąca na jego leżące pod siedzeniem spodnie. Sperma na moich włosach. Sperma na moich stopach, klejące się nim pończochy. I jego słowa. Kiedy powiedział, że musi gdzieś ze mną pojechać nawet nie siliłam się na odpowiedź. Nie wierzę, że chce gdziekolwiek ze mną jechać. Chyba po prostu wie, jakie wrażenie robią takie jego słowa na mnie, jak dają jakąś durną nadzieję na coś, czego nie ma i czego być nie może. Chciałam powiedzieć, żeby sobie dał spokój, bo dla kilkunastu minut zbliżenia nie warto nigdzie wyjeżdżać, kwadrans w aucie wystarczy i można wracać, ale z pełnymi ustami nie miałam jak się odezwać. I chyba po prostu nie chciałam. Kiedy to wszystko się działo uświadamiałam sobie, jak bardzo znów sama siebie krzywdzę, jak się łudzę, jak się pogubiłam. Że robię coś, czego nie chcę, udaję, że jest dla mnie ważny, że mnie obchodzi, on udaje, że ja jestem ważna, że chce ze mną wyjechać. Wszystko dla krótkiej, wspólnej chwili, która i tak mnie nie satysfakcjonuje… Potem powiedział, że wyjeżdża na kilka dni, że jak wróci wcześniej, to w czwartek się odezwie, jeśli wróci później, to dopiero po kolejnym weekendzie. Perspektywa niespotkania go, niesłyszenia go przez tydzień wydała się przerażająca. A z drugiej strony pomyślałam, że może będę chciała porzucić tę relację, definitywnie (przecież zawsze chcę definitywnie, a potem udaje się na tydzień, dwa, miesiąc…). Że taka przerwa dobrze mi zrobi, będzie mi łatwiej nie odbierać telefonów, nie spotykać się. Źle mi. I jednocześnie nie umiem sama sobie wyjaśnić, za czym tak właściwie tęsknię. Za jego uwagą, czułością, rozmową, nie wiem. Drażni mnie jego język, wypowiedzi wypełnione wulgaryzmami. Jednocześnie bawią drobne złośliwości, które wzajemnie sobie prawimy. Ale chyba już coraz mniej. Kiedy dziś powiedział, że ładnie się ubrał, skropił perfumą, co by gnojem nie zalatywało i założył nowe buty, chciałam zapytać, czy słomę z tych nowych butów powyciągał, ale powstrzymałam się, jakby mówienie złośliwostek nie było już dla mnie takie przyjemne.

Pławię się w depresji, kiedy nie płaczę, kiedy wreszcie zasypiam, cieszę się tym, że nie mogę jeść i że chudnę. Dziś z młodym poszłam na lody. Bezwstydnie zamówiłam dużą porcję, świadoma, że przez cały dzień zjadłam trochę bułki z jajecznicą i odrobinę pomidora. I cieszę się, że mieszczę się w ciasne pończochy. Depresja i stany lękowe nie są fajne, ale jak już muszę się z tym mierzyć, to niech chociaż coś pozytywnego mi zostawią. Nie zdecydowałam się jeszcze na terapię i na leki. Wiem, że terapia na pewno jest mi potrzebna. I co mam powiedzieć, że uzależniłam się od związku z nie-mężem? Że żyję w ciągłym lęku i w przekonaniu, że wszystko, co się dzieje, to kara za ten pseudo-związek? Że kiedy moje hormony szaleją, wyłącza mi się mózg, nie docierają żadne logiczne argumenty, lecę jak ćma prosto w płomień świecy, spalam się, cierpię i znów lecę. Tak pławiłam się w ostatnich dniach, w tych przegadanych godzinach, we wspomnieniu jego ust na moim ciele, w jego głosie opisującym zdejmowanie ubrania. Z całą świadomością, że nie mogę. I że z jego strony to znów była tylko gra, obliczona na ten kwadrans w samochodzie. Inwestycja w oswajanie mnie, dawanie złudnego poczucia bezpieczeństwa, tylko po to, by wykorzystać do swego celu. Realizuję jego perwersyjne pragnienia, zaskakuję go perwersyjnymi pomysłami, taka odskocznia i rozrywka, przerywnik w szarej rzeczywistości, wykradany czas. I mam wrażenie, że on wcale nie potrzebuje mnie, jako mnie, potrzebny mu widz, albo rekwizyty (moje pończochy, nogi, lustra, wideopołączenie). Godzę się na to, ale sama nie rozumiem, dlaczego. Może rzeczywiście to jest ten moment, by podjąć terapię, by uporządkować ten rozdział w życiu. Z drugiej strony, przecież sama wiem, co trzeba zrobić, żeby uporządkować, po prostu przestać odbierać telefony. Unikać miejsc, w których możemy wpaść na siebie (to będzie bardzo trudne, ale jeśli nawet jestem z mężem, a jego to nie powstrzymuje przed niczym, to zostaje tylko całkowite zerwanie kontaktów). Dlaczego ludzie tak udają, tyle inwestują po to, by się z kimś przespać, by za pomocą kogoś zrealizować swoje płytkie pragnienia? Jadę, rozmawiam z nim, on mówi o ubraniu, a ja sama proszę o szczegóły, dodaję podteksty, sugeruję różne rzeczy, choć wcale nie mam na to ochoty, jakbym czuła, że moje słowa mogą sprawić mu radość, przyjemność, jakby chodziło tylko o to, by jemu było dobrze, a ja staję się tylko narzędziem do tego celu i nie ma znaczenia, co czuję. Albo może podświadomie też próbuję nim manipulować, żeby się łudził, że ma na mnie wpływ, że ma nade mną władzę, że cokolwiek może. I może nie manipuluję, ale faktycznie jestem od niego uzależniona. Dziś zostawił w moim aucie telefon. Wyjechałam z parkingu pierwsza, zobaczyłam, że on nie włączył świateł, mignęłam awaryjnymi. Po chwili włączył światła, mignął długimi, odmignęłam awaryjnymi, a on migał, trąbił, zastanawiałam się przez moment, o co chodzi i dlaczego nie zadzwoni, aż ujrzałam jego telefon w półce na drzwiach pasażera. Wyprzedził mnie, zjechał na parking, zjechałam za nim, wyszedł z auta, ja wyszłam z mojego, niosąc telefon nie mogłam oprzeć się pokusie, by spróbować wbić pin, jego datę urodzenia, pomyliłam się o jedną cyfrę, pin nie zadziałał, zgasiłam ekran, oddałam mu telefon, postanawiając w myślach, że sprawdzę następnym razem, ale może nigdy nie będzie już następnego razu. Sama nie wiem, skąd taka potrzeba wdzierania się w jego życie, jak potrzeba przekonania się, że jestem częścią tego życia. Jestem. Nieoficjalnie. Bo tak w rzeczywistości nigdy nie będę. I znów marzę cichutko o tym, że gdzieś moglibyśmy razem wyjechać, choć wiem, że to nie jest możliwe, że to niedopuszczalne, nierealne, wyjechać gdzieś, gdzie nikt nas nie zna. Morze, spacer plażą, takie zwykłe trzymanie się za rękę (kiedyś szliśmy razem przez park, podał mi rękę i właśnie mówił o tym, że chciałby gdzieś wyjechać, żebyśmy mogli tak chodzić), po prostu robienie razem rzeczy, których nie możemy teraz robić, wspólny obiad czy kolacja, sama nie wiem, czego jeszcze oczekiwałby po takim wyjeździe. Przecież niczego nie oczekuje, bo wie, że nie będzie takiego wyjazdu. Naiwnie proponowałam już dwa razy, wyszukałam propozycje, powiedziałam wprost, że jeśli tylko znajdzie termin i miejsce, pojadę, bo i tak dużo jeżdżę. Tylko musi wyznaczyć czas, powiedzieć dokąd. Donikąd. Tam, gdzie zmierzaMY, bo nie ma żadnego MY, jest on i jego trzy domy (u byłej żony i dzieci, u mamy, gdzie śpi, u partnerki, gdzie teoretycznie mieszka), ja i moje problemy, nasze drogi plączą się, krzyżują, ale nie ma żadnej wspólnej trasy. Mam obsesję telefonu na podsłuchu, padł stary aparat, ale przecież to niewiele zmienia w takiej kwestii. I jeszcze że ciągle ktoś mnie / nas śledzi, że dziwny samochód parkuje, a potem odjeżdża, gdy ja odjeżdżam, pewnie paranoja, ale też obawa, że ktoś może chcieć zniszczyć go, a przypadkiem odkryje mnie w jego życiu. On jest za mocno osobą publiczną, ale w tej chwili, ze względu na zajmowane stanowiska, oboje mamy bardzo dużo do stracenia. Nie chciałabym, by ktokolwiek się o nas dowiedział, może stąd ta paranoja, że ktoś obok nas parkuje, że ktoś obserwuje. Większość naszych rozmów odbywa się przez telefon, gdyby ktoś je ujawnił, mielibyśmy straszne problemy, choć są sprawy,  o których chyba jakoś podświadomie, przez telefon nie rozmawiamy. Piszę o nim i nie umiem zakończyć. Jakbym chciała przedłużyć myślenie o nim, tęsknotę, jego obecność w moich myślach, w moim pisaniu, w moim życiu. Siedzę i tęsknię, on siedzi i pije. Mam nadzieję, że nie wypije tak dużo, żeby zaczął mówić na mój temat. Przeraził mnie kiedyś mówiąc, że mógłby się wygadać, coś chlapnąć. Może już to zrobił, może ktoś z jego znajomych już wie. Może ktoś już to zauważył. Kolejny powód do obaw. Bo wszystko jest nie tak.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s