Monstrualnie

Jak potwór. Że ona tak mnie postrzega.

– Bo przez ciebie wszyscy dookoła płaczą – to już nie będziesz przeze mnie płakać. Zniknę z twojego życia.

– Idź stąd, niepotrzebnie przyszłaś…. – już więcej nie przyjdę

Bo w jej odczuciu jestem potworem, podniosłam głos, bo powiedziała, że się wściekłam, że dziecko coś mi popsuło. To nieprawda i nie chciałam, by dziecko usłyszało, że w jakikolwiek sposób mogło zrobić mi przykrość, bo nawet, jeśli coś popsuło, to nie było specjalnie… To była moja i małego sprawa, nam było przykro, a ona wciągnęła w to kolejne dziecko, mówiąc, że ja się wściekłam przez nie… Podeszłam, wkurzona maksymalnie i wysyczałam, żeby przestała obwiniać dziecko i mówić tak o mnie. A jej reakcja była taka, że spojrzała na mnie mówiąc: no uderz mnie…. Mało szlag mnie nie trafił, że w ogóle mogła pomyśleć, że ja w jakikolwiek sposób mogłabym ją zaatakować. Jakbym dostała w twarz. I że we mnie zobaczyła ojca. Kolejny policzek. Ojca już pochowała. Mnie nie musi. Z nim się nie rozwiodła, ze mną nie musi. Ja po prostu zniknę jej z życia, jeśli ma przeze mnie płakać, jeśli uważa, że jestem potworem. Kilka razy przeprosiłam ją za to, że tak się zachowałam, ona nadal atakowała, zebrałam rzeczy, dziecko, wyszłam we łzach. Zniknę, skoro mam zniknąć.Przez trzy miesiące, kiedy tak strasznie ciężko było w pracy, kilka razy próbowałam jej o tym opowiedzieć, zawsze mi przerywała i zmieniała temat. Myślałam, że skoro choć zaczęłam o tym mówić, to jak już powie o tym, co jest dla niej ważne, kiedyś w końcu zapyta o tę moją pracę. Nigdy nie zapytała. Nigdy. A teraz zdziwiona mówi, że mogłam sama opowiedzieć. Cholera, próbowałam. Przekonałam się, że nie mogę liczyć na jej wsparcie w tym temacie i przestałam próbować. Nie potrzebuję. Dałam radę sama. Nie sama. Obok był ktoś inny, komu się wypłakiwałam, kto wysłuchał, pozwolił spojrzeć inaczej na sytuację i problemy wyglądające na takie nie do przejścia. Dlatego, że ten ktoś lepiej mnie zna? A może tylko dlatego, że lepiej potrafi słuchać, uważniej? Że mnie nie ocenia? A może ocenia, choć ja o tym nie wiem, może po prostu nie widzi we mnie potwora, jak ona….

Jakiego potwora we mnie widzi, skoro tak reaguje, potwora, który nie dba o własne dzieci – jestem najgorszą matką świata, przecież pracę stawiam na pierwszym miejscu, dzieci to pewnie ona wychowuje, albo same, bo ja przecież nic nie robię, palcem nie kiwnę, bo tylko pracuję… Pamiętam, jak mówiłam jej o drugiej ciąży, a ona patrzyła na mnie jak na wariatkę, tym swoim nieprzyjemnym wzrokiem, że jak, że przecież pierwsze dziecko i takie problemy… Nie gratulowała, piętrzyła problemy i pretensje…. Jedyną osobą, która wtedy okazała, że cieszy się z mojej ciąży była moja siostra. Tego nigdy nie zapomnę, bo wtedy było strasznie ciężko.

I ma tę moją siostrę, razem pracują, zachwyca się nią, jej metodami wychowania, jej dziećmi – ma idealną córkę, idealne wnuki, ja i moje monstrualne życie jesteśmy jej zupełnie zbędni. Więc nie będziemy doprowadzać jej do łez, przypominać ojca, psuć niedzieli, według niej rodzina nie jest dla mnie najważniejsza. Ok. Dla niej, jak widać, ważna jest tylko część rodziny, wybiórczo, tam, gdzie może krytykować.

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek powiedziała, że coś zrobiłam wobec dzieci dobrze, zawsze jest źle, zawsze jestem najgorsza, zaniedbująca, cud, że te dzieci tyle lat przeżyły, dalej żyją, jakoś funkcjonują.

Pewnie miałabym to wszystko w dupie, ale z sekundy na sekundę nie można przestać kochać. To jest we mnie, przenika mnie. Nie chcę być taka, jak ona, widzę dużo podobnych zachowań i wściekam się na siebie samą, pracuję, żeby to zmienić.

Może dobrze, że powiedziała, co o mnie myśli, że uzupełniła w całość obraz wyłaniający się z fragmentów, jakie od pewnego czasu mi podsuwała. Beznadziejna matka. Beznadziejna córka. Ojciec. Potwór.

Tak po ludzku chciałam wtulić się w czyjś rękaw i wypłakać. Mąż przed komputerem. Przyjaciółka tak daleko (wczoraj po roku przerwy spotkałyśmy się, nie wiem, czy to nadal jest przyjaźń). I chyba nie umiałabym jej tego wszystkiego powiedzieć.

Pan K. nieosiągalny w weekendy. Pewnie, mogłabym zadzwonić, ale nie chcę. Już nie chcę. Cenię sobie to, że był, kiedy potrzebowałam się wypłakać w innych tematach.

Ale nie mogę go chcieć, nie mogę go potrzebować. Takie poczucie bezsilności i osamotnienia.

Tak po prostu popłakać sobie, bez cudzego rękawa (łzy kapią na klawiaturę, na szczęście wodoodporną).

Wszyscy dookoła przeze mnie płaczą, tylko robię awantury. A ja po prostu zobaczyłam, że popsuło się coś nieważnego, ale ważnego dla mnie i młodego, część naszej wspólnej zabawy, tak durnowato i dziecięco cieszyłam się, że będziemy mieć razem frajdę z tego, co zaplanowałam i zepsuło się, po prostu było mi przykro. Nic więcej. Ona, nie rozumiejąc, dlaczego to dla mnie, dla nas ważne, powiedziała, że się wściekłam,….

Jest mi tak ciężko wziąć się w garść. Monstrualnie ciężko.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s