Bez…

Bezsilnie. Kiedy jestem tak strasznie zmęczona, a problemy piętrzą się chciałabym je przespać, uciec, wykasować. I zderzam się z własną bezsilnością.

Rozchorowana, obolała, czuję, jak dostaję z każdej strony. Jadę do pracy, mam być krótko, kiedy siedzę na spotkaniu, które trwa dwie godziny dłużej, niż oczekiwałam, widzę, że on dzwoni. Nie mogę odebrać. Ze spotkania wpadam w ciąg następnych spotkań, dokumentów, decyzji, ustaleń. Rozsypała się moja perspektywa na najbliższe cztery lata. Czuję, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Boli koszmarnie głowa, ledwie stoję na nogach, wlokę się do auta, zastanawiając, czy ktoś mógłby po mnie do pracy przyjechać. Myślę o nim. Żeby poprosić go, by wziął taksówkę, przyjechał do mnie i odwiózł mnie moim autem. Ale taka opcja nie wchodzi w grę. I do nikogo innego nie mogę zadzwonić. Nikt po mnie nie przyjedzie. Muszę jechać powoli, ostrożnie, uważnie. Jadę. Przyjeżdżam i padam. Chcę natychmiast zasnąć, pozbyć się bólu głowy, ledwo stoję na nogach, mąż podaje kolację, nie umiem usiąść, kręci mi się w głowie, kładę się, zjadam kawałek tarty, brakuje mi tych naszych wspólnych wieczorów, oglądania filmu, rozmowy, wspólnego posiłku. Nie mam na nic siły, on odrabia z dziećmi lekcje, ja muszę stanąć na nogi. W kilku słowach opowiadam mężowi o rewolucji, która czeka moje życie zawodowe. Boję się. Uciekam w sen.

Rano budzi mnie ból głowy, biorę leki, odwożę dziecko do szkoły. On wcześniej zadzwonił, dziecko usłyszało jego dzwonek i na głos zawołało, kto dzwoni. Przeraziło mnie to. Umówiliśmy się na telefon na później. Zadzwonił, gdy wsiadłam do samochodu. Powiedział, że pojedzie po kawę, że spotkamy się tam, gdzie zawsze. Jadę. Kilometr przed parkingiem dostaję straszliwego ataku kaszlu, duszę się, zastanawiam się, gdzie zaparkować, żeby kupić wodę. Nie mam pieniędzy, muszę zapłacić kartą, mijam parking, widzę jego auto, on stoi obok, na dachu stoją nasze kawy, podjeżdżam, otwieram drzwi, on podaje kawę, dziękuję robię łyk, nadal kaszlę, ale już się nie duszę, spokojniejsza, że nie prowadzę, że on jest obok, że mam coś do picia. Gorąca kawa, za gorąca, wcale mi nie smakuje. Jedziemy. Schemat. Mówię, że nie nadaję się do użytku, on zaprzecza. Parking w lesie, kawy, tylne siedzenie, ja, on, przyjemna świadomość, że on przekłada ważne spotkanie, żeby ze mną pobyć. Jadąc na parking opowiadam mu o zmianach, które mnie czekają. O tym, jak się boję. Jestem już spokojniejsza, ale się po prostu boję. On pociesza, ale jego słowa nie pomagają tak bardzo jak sama świadomość, że opowiedziałam wszystko, że on słuchał, że po prostu ze mną jest.

Wracam do domu, wieczór kończy się jakąś kosmiczną awanturą, podziwiam męża i jego spokój, tak spokój, którego bardzo potrzebuję, który dodaje mi sił, podnosi na duchu. Tak naprawdę to jemu chcę opowiedzieć o moich obawach, w jego ramionach chcę się schować z moim lękiem, z nim chcę o wszystkim zapomnieć choć na moment, to za nim, za czasem z nim tęsknię. I wiem, że z dnia na dzień mogę stracić moją ukochaną pracę, mogę stracić źródło dochodu, pozycję, komfort podejmowania decyzji. Zmieniła się perspektywa, już nie narzekam, że dołożyli mi obowiązków, tylko mam nadzieję, że jak najdłużej będę mogła je wszystkie utrzymać, i moje stanowisko. Wszystko się zmienia. Przyjmuję to. Wszystko dzieje się po coś. Damy radę.

I jeszcze bardziej, niż kiedyś, potrzebuję znaleźć dla nas dom. Taki, o którym powiem Mój Dom, Nasz Dom, w którym będę widzieć, że wszyscy czujemy się jak u siebie i mówimy Nasz Dom z całym przekonaniem.

Boję się, jak to będzie bez. Bez pracy, bez domu. Ale z tymi, których kocham. I to nam wystarczy. Żeby odbić się od dna i zacząć od nowa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s