Kryzysowa

Wstaję wcześnie rano, bo chcę go zobaczyć, zanim pójdzie do pracy, jadę przez pół miasta, by spędzić z nim kilka minut w aucie.

Pędzę do piekarni, by kupić jego ulubione bułki, robię mu kanapki do pracy i gdy wsiada do auta, wręczam mu je.

Kiedy mogę, odbieram go po pracy, robimy razem zakupy. Czasem ja za te zakupy płacę.

Kiedy zamawiamy coś razem ze sklepu internetowego, coraz częściej płacę ja, za całość zamówienia.

Nie przeszkadza mi to. A w zasadzie nie przeszkadzało.

Teraz sama nie wiem.

Skoro jestem w stanie wstać o 5.30 dla niego, rezygnować z własnego snu czy wygody, by sprawić mu przyjemność czy ułatwić życie, to może nie jest niczym dziwnym, że oczekuję, iż on też będzie mógł choć raz wstać wcześniej, by spędzić ze mną trochę czasu.

Ale to tak nie działa.

Może to hormony, zły dzień, niewyspanie, sama nie wiem, ale dziś jest mi smutno (problemy z małym dodatkowo komplikują sprawę). I kiedy zaproponowałam spotkanie jutro rano (bo dziś nie byłam w stanie się spotkać), on podał listę spraw, którymi musi się zająć. Odpisałam, że rozumiem. Ale rozumienie wcale nie sprawiło, że zaakceptowałam fakt, że nie jestem na jego liście priorytetów.

Cholernie boli.

Znów łapię się na tym, że myślę, jak bardzo oboje się ranimy, że ta relacja jednak wiele nas kosztuje. Że w takim razie po co.

Stresuje mnie wizja spotkania z jego rodzicami, wizja wyjazdu, wspólnej pracy. Jego lęki i obawy chyba zaczynają mi się udzielać. Nawet taka banalna sprawa, jak wspólne łóżko. Że to może być problem. Gdybym wiedziała, zarezerwowałabym dwa pokoje, albo apartament z oddzielnymi łóżkami.

Do szału doprowadza mnie, gdy on, po dwóch godzinach milczenia, pisze „już jestem”, ja reaguję, o coś pytam, a on znika na 30 minut, potem tylko zdawkowo odpowiada na moje pytanie, albo go w ogóle nie zauważa, tylko pisze cokolwiek, zaznaczając swą obecność, po czym znika ponownie. Jakby takim wysiłkiem było ciągłe porozmawianie ze mną przez kilka minut.

Na początku wgapiałam się w ekran, czekając, aż zechce mi poświęcić kilka sekund.

Teraz już się nie wgapiam, ale nadal tak samo boli.

Jaki kontrast, gdy pisze, że jestem najwspanialszą kobietą, jaką kiedykolwiek poznał.

A dziś mam ochotę mu odpowiedzieć, że może faktycznie jestem i najwspanialsza, ale on nie zasługuje na kogoś takiego, jak ja, skoro totalnie nie potrafi docenić tego, co ma, tego, co wnoszę do naszej relacji.

Chyba za dużo oczekuję. Potrafię dać dużo, uszczęśliwiać innych, jakbym miała jakiś czytnik ich pragnień i oczekiwań. Tylko chyba jeszcze nie spotkałam osoby, która odczytywałaby moje pragnienia i potrzeby.

Wróć. Spotkałam. Pan K. – kiedy niczym złota rybka chciał spełniać moje marzenia, zanim zdołałam je wypowiedzieć. Niestety, na chęciach się kończyło, choć podobno wiatrówkę nadal wozi w aucie. Przecież mieliśmy postrzelać.

Jest jedyną osobą, tak sądzę, która wie  o mojej nowej relacji. I zaskakuje mnie, zwłaszcza, gdy mówi: „myślałem o twoim chłopaku’ – bo znalazł jakiś eksponat do jego kolekcji, bo przekazał informację o targach, na których można uzupełnić zbiory.

A ja nie mówię „chłopakowi” skąd mam te eksponaty (znalazłam w piwnicy). Cieszy mnie jego radość, pewnie tak, jak Pana K. cieszy sprawianie radości mnie, jakże inteligentnie, nie poprzez prezenty dla mnie, ale przez prezenty dla mojego „chłopaka”.

Kiedy jest mi bardzo źle, łapię się myśli, że jest on, że znów wymknę się na trochę, zniknę w jego ramionach, wtulę się w zapach jego włosów, zasmakuję jego zmysłowych ust, pochylę nad nim i kolejny raz przebiegnie mi przez myśl stwierdzenie, że to najprzystojniejszy facet, jakiego znam, choć on zupełnie się z moją oceną nie zgadza.

Robimy razem zakupy, jeździmy autem, snujemy się po mieście, często trzymając się za ręce. Wyłączam przejmowanie się tym, co powiedzą inni. Może niesłusznie wyłączam.

Kiedy wchodzimy razem do sklepu, zastanawiam się, czy biorą mnie za jego mamę. On, w swoich zaprzyjaźnionych sklepach, przedstawia mnie jako swoją przyjaciółkę. A ja mam problem, jak o nim mówić, więc najczęściej mówię „Młody”. Czekałam ostatnio na niego na parkingu przy stacji benzynowej, zapytałam, czy mogę chwilę tam zostać, bo (i szukałam w głowie, jak go określić) poszedł coś załatwić i zaraz wróci.

Zastanawiam się, jak będą na nas patrzeć, gdy zameldujemy się w hotelu. Tego lata meldowałam się w hotelu w Brukseli z synem, niewiele młodszym od niego. W zasadzie chyba coraz mniej przejmuję się tym, jak oceniają mnie inni, co sobie pomyślą.

Przy nim bywam szczęśliwa.

Ale to znów takie wykradane szczęście. I za każdym razem, gdy się z nim rozstaję, uświadamiam sobie bardzo mocno niemożność osiągnięcia pełni szczęścia z nim.

Inny świat. Inne wartości. Inne pokolenie. Inna strefa czasowa.

Wszystko inne.

Może tylko taki sam smutek, który czasem przychodzi nie wiadomo skąd, i z którym tak trudno sobie poradzić.

Po godzinie od poinformowania mnie, że już jest, łaskawie właśnie się odezwał.

Wiem, że mu smutno. Kiedy pytałam, czy mogę jakoś poprawić mu nastrój, odparł, że nie, a potem poprosił o element do kolekcji. Równie dobrze mógłby mnie poprosić o gwiazdkę z nieba.

Zaczęłam przygotowywać dla niego kalendarz adwentowy. Z drobiazgami i zadaniami. Nie wybrałam jeszcze formy kalendarza, kompletuję drobiazgi i listę zadań. Dla nikogo nigdy wcześniej nie zrobiłam kalendarza adwentowego. Dzieci miały czekoladowe, które nigdy nie dotrwały do Bożego Narodzenia. Pamiętam, jak moja koleżanka, na wyjeździe erazmusowym, dostała kalendarz adwentowy od swojego chłopaka. Niesamowite było to, że on ten kalendarz zrobił samodzielnie i wypełnił w bardzo pomysłowy sposób. Przez wiele lat marzyłam, żeby zrobić taki kalendarz. I może w tym roku tak będzie.

Nawet, jeśli zanim nadejdzie adwent, mielibyśmy się rozstać (choć wyjazd zarezerwowany na początek grudnia), to i tak planuję zrobić ten kalendarz. Może jest on bardziej potrzebny mnie samej, niż jemu.

Bardzo chciało mi się spać, walczyłam z sennością czekając, by napisał choć słowo. Teraz pisze, a ja nawet nie mam ochoty przełączyć karty w przeglądarce, by przeczytać jego wiadomość.

Źle mi.

Ale jestem silna. Nie takie emocje dźwigałam. I, paradoksalnie, w jakiś sposób pomaga mi świadomość tego, że w moim życiu jest Pan K., jako przyjaciel, osoba wspierająca, że jest. I – teraz sobie to uświadomiłam – gdybym jemu zaproponowała spotkanie od 6.00 do 8.00 rano, mój czas tylko dla niego, na pewno bez wahania zaakceptowałby moją propozycję.

Kwestia priorytetów?

Sama się nie przytulę. Ale mogę sobie poczytać francuską powieść i pozastanawiać się nad Emmą Bovary i córkami Ojca Goriot – w kontekście kochanków i ruiny finansowej spowodowanej pośrednio przez owych kochanków.

Wierzę, że to jest tylko kryzys, czyli stan przejściowy, że sytuacja lada moment ustabilizuje się. Póki co, jest ciężko, kryzysowo i samotnie. Ale dam radę.

Jak zwykle.

Reklamy

Złudnie

Jesteśmy w aucie we czwórkę, czuję napięcie i nadzieję, że jeszcze wszystko się ułoży, że damy radę, że w końcu wszystkim nam zależy na tym samym.

A potem równia pochyła. Nie rozumiem. Przecież całą mną czułam, że to może się udać, że jest bliżej, lepiej, że ja tego chcę.

Spotkanie ciągnie się w nieskończoność, a każda jego chwila sprawia tak ogromny ból, że w końcu nie jestem w stanie powstrzymać łez.

Wszystkim jest źle, ale dzieci najbardziej dają to odczuć. Boli, kiedy mały mówi, że szczęśliwy był daleko od domu. Chciałabym, by czuł, że może normalnie funkcjonować w domu.

Pytanie, w jakim domu… Kiedy dzieci chórem mówią „rozwiedźcie się”…

To nie jest decyzja dzieci. A ja kolejny raz zostałam odarta z nadziei, że to jest coś, co można posklejać, co może się udać.

Dopiero wiele godzin po powrocie do domu czuję, co tak najbardziej było nie tak.

Dyskredytowanie mnie. Krytyka mnie wobec dzieci.

Wiem, że nie jestem idealna, wiem, że nie zawsze udaje mi się realizować to, co bym chciała. Wiem. Tylko nie wiem, dlaczego, jeśli raz na jakiś czas coś mi nie wyjdzie, to jest to pretekstem, bym usłyszała, w obecności dzieci, że ja zawsze źle robię, że zawsze to moja wina.

Wczoraj mały miał ciężki dzień, wybiegł ze szkoły, wysłał wiadomość. Siedziałam w samochodzie z – nie wiem, jak go określić, może tak, jak sam siebie określa – przyjacielem. Podjęłam decyzję, że jadę po małego, przyjaciela miałam odwieźć po drodze, ale źle skręciłam, a on powiedział, że jednak ze mną pojedzie. Tych kilka minut razem w aucie, kiedy czułam, jak w żołądku rośnie mi jakiś supeł, a on siedział obok, po prostu był – te kilka minut było łatwiejsze do zniesienia, ze względu na jego obecność.

Układałam w głowie, co powiem małemu. Wsiadł do auta, przywitał się, odwieźliśmy przyjaciela, potem wróciliśmy do domu. Właśnie w takich chwilach najbardziej potrzebuję, żeby ktoś po prostu był, wspierał własną obecnością, nie potrzebuję rad, krytyki, ale wsparcia. I właśnie to dostałam.

Potem ja pomogłam przyjacielowi. Niewiele potrafię – w moim odczuciu – ale chociaż tyle mogłam zrobić. Ucieszył się. Było mi miło. Dla mnie to nie był żaden wysiłek czy problem, ale radość, że mogę mu pomóc, może nawet poczucie szczęścia. Sama nie wiem.

Kiedy siedzieliśmy razem w aucie, uświadomiłam sobie,  że chciałabym zabrać dzieci i dokądś wyjechać, ale nie chcę wyjeżdżać bez niego.

Nie chcę też w żaden sposób obarczać go moimi problemami. Ciągle patrzę na niego jak na istotę z innego świata, z innej strefy czasowej. Z jednej strony mam potrzebę chronienia go, opiekowania się nim, z drugiej – czuję jego troskę i opiekę.

Nie wiem, jak ma się do tego sytuacja, kiedy bałam się, że mnie skrzywdzi. Może w głowie ułożyłam już kilkanaście wersji usprawiedliwienia dla niego. A potem wyrzuciłam z pamięci całą sytuację, teraz ją odszukując, by uświadomić sobie, że nie jest idealnie. Nasze plany ciągle musimy korygować i dopasowywać – do moich dzieci i obowiązków, do jego lęków i obaw.

Chyba najtrudniej mi z tym, że we mnie tkwi tak mocna potrzeba podróżowania, że lubię nowe miejsca, nowe sytuacje, a on bardzo się ich boi. Nie zmuszam. Proponuję. Oswajam. Czekam. Wierzę, że ta najpiękniejsza podróż jest ciągle przed nami. Niekoniecznie na drugi koniec świata. Tu, gdzie jestem teraz, nie chcę zostać. Nie dziś. Nie po wczorajszym dniu.

Krzywdę

Piękne, jesienne popołudnie, promienie słońca odbijają się w różnokolorowych liściach, bezwietrznie, ciepło. Wychodzimy z zajęć, on najpierw mówi coś o planach na popołudnie, proponuję, że go odwiozę do domu, jedziemy, on w ostatniej chwili pyta, czy mogę zaparkować dalej, przy pewnym sklepie. Mogę. Parkuję. Wysiadamy. On o coś pyta, już nie pamiętam, o co, odpowiadam coś, co miało związek z panem K. On pyta, czy zrobić mi krzywdę, ja mówię, że tak. On zaciska dłoń na mojej krtani. W pierwszej chwili pomyślałam, że zrobi to w miarę delikatnie, jak zwykle. Ale boli, straszliwie, nie wiem, co przeraża mnie bardziej, ból, niemożność złapania oddechu czy świadomość, że jedno i drugie dzieje się dlatego, że on to robi. Mijają sekundy, cieszę się, że mam na sobie bardzo ciemne okulary, duże, zasłaniają łzy spływające po policzkach. Mimo bólu zapieram się, by nie okazać, że boli, nie prosić, by przestał. Nie robię nic. On w końcu przestaje, ja udaję, że nic się nie stało, on poprawia mój kapelusz, a ja w odbiciu w szybie samochodu widzę, że kapelusz nie leży tak, jak powinien i ponownie go poprawiam. Zamykam samochód. Idziemy. A we mnie jakiś głosik krzyczy do niego „Spierdalaj z mojego życia, na zawsze, zostaw mnie i nigdy się do mnie nie zbliżaj”. Nie umiem wypuścić tego głosu na zewnątrz. Idziemy na spacer, on trzyma moją dłoń, liście opadają wirując cudownie nad ziemią. On podnosi żółciutki jak dojrzała cytryna liść klonu i mówi, że lubi zbierać liście. Ja też lubię. Opowiada, jak ostatnio znalazł w pudełku liście zebrane w zeszłym roku. Podaje mi ten żółciutki liść i mówi, że to dla mnie. Idziemy. Wokół nas dzieci na rowerach, na rolkach, ludzie z psami, samotni. Siadamy na ławce. On mówi, że jestem smutna i że chciałby coś zrobić, żeby to zmienić, ale nie umie. Słońce już osuszyło moje łzy, ale nie zdejmuję okularów. On całuje mnie, a kapelusz zsuwa się na ławkę, podchodzi do nas jakiś starszy pan, nietrzeźwy, kulturalnie się wita, życzy wszystkiego dobrego, mówi coś, że sam pamięta, jak on tak siedział z kimś na ławce, coś jeszcze mówi, żegna się, też go żegnam i życzę dobrego dnia, on odchodzi.

Wymyślam jakieś uzasadnienie dla mojego smutku, chyba wiarygodne. Wtulam się w jego rękaw, zdejmuję pajączka, który chodzi po jego bluzie – on bardzo nie lubi pająków. Siedzimy tak przez godzinę. Rozmawiamy. Wracając do auta uszkadzam but, wysokie szpilki, nie mogę w nich iść, idę boso, nie obchodzi mnie, co on na to. Żegnamy się. Przed wejściem do auta mówię mu, że mnie skrzywdził. Mówię kiedy. On mówi, że sama chciałam. Nic nie mówię, całuję go. Wsiadam. Odjeżdżam.

Wieczorem on pisze do mnie, przeprasza, mówi, że nie chciał mnie krzywdzić, że nie chce krzywdzić tych, których kocha.

Ale już nigdy nie będzie tak samo.

Boję się. I nie wiem, co z tym zrobię, bo on wciąż jest dla mnie bardzo ważny.

Żółciutki liść włożyłam do notatek. Ale doskonale wiem, że nie będzie mi przypominał o spacerze w jesiennym słońcu, lecz o jego dłoni na mojej szyi.

Poza ramy

Nie da się zamknąć tego, co się dzieje, w żadnym schemacie, za dużo nienormalności w nas. W mnie, w nim. Co rusz się ranimy, przepraszamy, ale te zranienia w dużej mierze wynikają z nieporozumień, niewłaściwego odczytania intencji czy słów drugiej strony. Wyjaśniamy wszystko, a potem nawzajem zasypujemy się lękami, że to drugie zrezygnuje, znudzi się, odejdzie, zostawi, kiedy jedno ma doła, drugie paskudnie się czuje, wspieramy się, ale tak naprawdę poza obecnością, zapewnianiem o uczuciach i o wsparciu, żadne z nas nie może nic więcej zrobić dla drugiego, wszystko dzieje się w środku, trzeba uporządkować własne wnętrze, by nastał spokój.

Czasem zastanawiam się, czy jak usłyszę znów pytanie, skąd się znamy, nie powiedzieć, że poznaliśmy się w poczekalni do psychiatry. To nie jest prawda, ale siedzieliśmy w tej poczekalni razem. Kilka razy. Może taka informacja w jakiś sposób uzasadniłaby naszą relację, sama nie wiem.

Urwaliśmy się z zajęć. Bo miała być przerwa. Ale skończyła się wcześniej, niż myśleliśmy. Znaleźliśmy pustą salę gimnastyczną, kochaliśmy się tam w pośpiechu, zastanawiając się, czy na pewno nie ma tam kamer i czy nikt nas nie znajdzie. On wrócił na zajęcia pierwszy. Ja po dłuższej chwili, jeszcze zahaczyłam o łazienkę. Zastanawiałam się, czy tylko ja czuję, że mam na sobie, w sobie jego zapach, jego część.

Ktoś zapytał, czy jesteśmy rodziną. Trudne pytanie, bo uświadamia, że nasze zachowanie mogło na to wskazywać. Było zimno, on wyjął z plecaka swoją koszulę. Ja wyjęłam z torby colę dla niego. Poprawiłam mu błąd w notatkach, a on narysował długopisem serduszko w moim zeszycie.

Czuję się jak nastolatka.

Nie jestem nastolatką.

Uciekam od teraźniejszości, od zobowiązań, od odpowiedzialności – choć na chwilę, choć na moment zapadam się w jego spojrzenie, wszystko znika, nic się nie liczy. Choć na chwilę.

Kiedy się poznawaliśmy, miałam wrażenie, że on po prostu jest ciekaw nowej, niezobowiązującej znajomości. Ciągle podkreślał, że to tylko taka relacja na chwilę, bez angażowania się. A potem każde z nas za mocno się zaangażowało. I kiedy słyszę, jak on mówi, że przecież kiedyś kogoś pozna, że będzie chciał z tym kimś być, założyć rodzinę, być oficjalnie, formalnie – coś we mnie kruszy się i rozpada.

Jest taka część mnie, która od początku powtarzała, że to bez sensu i żebym się w to nie pakowała. Ale nie chciałam tej części słuchać.

Lubię te szalone rzeczy, które razem robimy. Staram się nie wyskakiwać przed szereg, poczekać, aż on zrobi pierwszy krok, pokaże, czego chce, coś zaproponuje. Nie wiem, czy to mi się udaje.

Zapytałam go niedawno, czy mnie kocha. Jego wzrok uciekł na ułamek sekundy. Mnie wystarczyło. Nieważne, że po tym ułamku spojrzał na mnie i powiedział kocham cię. Znów coś we mnie pokruszyło się jeszcze bardziej. Teraz mam wrażenie, że oboje udajemy. On – że mnie kocha. Ja – że w to wierzę.

Trzeba było nie zadawać pytań. Może znów nadinterpretuję, może spadał liść na maskę samochodu i dlatego on odwrócił wzrok, może zauważył wiewiórkę, nie wiem.

Może znów używamy tego samego signifiant, ale mamy w głowach inny signifié.

Ale suma drobnych zdarzeń zaznacza się coraz wyraźniejszą rysą na tym jego wyznaniu i coraz mocniej poddaje je w wątpliwość.

A ja chyba chcę udawać, że w to wierzę. Poczekać, jak on z tego wybrnie, nie ułatwiać mu niczego, nie mówić, że to ja rezygnuję z tej relacji, choć możliwe, że jakaś malutka cząstka mnie próbuje to zrobić.

 

 

 

 

 

 

Kasztanami

Idę przez park, zbieram kasztany, wkładam do głębokich kieszeni. Kilka minut na cieszenie się jesienią, dotykiem kasztanów i cudnymi promieniami słońca przedzierającego się przez żółknące liście.

Czy jestem szczęśliwa? W parku, z kasztanami – tak.

Jestem szczęśliwa, kiedy on patrzy mi w oczy i mówi, że mnie kocha. Patrzy mi w oczy i mówi, że jestem piękna.

Po mojej twarzy płyną łzy, on mówi „nie płacz”, a ja uświadamiam sobie, że nikt nigdy mi nie powiedział, że jestem piękna.

A potem wracam i zapadam się w krzyki, pretensje, próbując odnaleźć w sobie pokłady spokoju i cierpliwości, żeby nie dopuścić, by się pozabijali, żeby odpowiedzieć na ich pytania, wszelkie maaaaamoooo, a gdzie…, maaaamoooo, dlaczego…, maaaamooo, a on…., żeby wysłuchać wszelkich zarzutów, pretensji, obelg i pozwolić im spłynąć po mnie, czując, że chroni mnie delikatny parasol ze szczęścia utkanego w samochodzie, w tej krótkiej chwili, kiedy patrzyliśmy sobie w oczy i poza nami nie liczyło się już nic.

Chodzimy razem na zakupy, odwożę go do pracy, odbieram po pracy, dzwonimy do siebie, piszemy, jego obecność w moim życiu pozwala utrzymać równowagę i dźwigać to, co na pewno jest za dużym obciążeniem dla jednej osoby. Daję radę. Nawet, jeśli płaczę z bezsilności, a jego nie ma obok, wiem, że dam radę, że ogarnę, poukładam wszystko. Wewnętrznie chyba jestem silniejsza, staram się wspierać samą siebie, dla siebie. Jego obecność jest cenna. Ale wiem, że bez niego też będę dawać sobie radę, że wtedy będę może więcej czytać, wrócę do pływania, może zrobię szalik na drutach. Teraz cały wolny czas wykradam dla niego. On robi to samo ze swoim czasem. Póki co, żadne z nas nie żałuje. Pomógł mi wybrać buty, ja wybierałam z nim plecak, wspieramy się w diecie, w ćwiczeniach, dbamy o siebie nawzajem, coraz lepiej się rozumiemy.

Ale w tym całym delikatnym jak pajęczyna szczęściu nie zapominam o tym, jak mocno jest ono tymczasowe. Wystarczy mały podmuch wiatru, pajęczyna odleci. Ściskam w kieszeni kasztan, który mam dla niego. Na szyi mam nietypowy wisiorek, urodzinowy prezent, który dał mi przed 6.00 rano, zbieram te wszystkie kawałeczki i obudowuję się nimi, mając świadomość, że nie możemy być razem, że żadne z nas nawet nie umie sobie tego wyobrazić, jak miałaby wyglądać nasza wspólna przyszłość.

Przez ułamek sekundy zastanawiałam się, czy moglibyśmy być razem, razem zamieszkać. Za dużo komplikacji. A potem pomyślałam, że jeszcze nie. I to było dziwne, że nie padło w mojej głowie jakieś definitywne „nie”, ale to „jeszcze”, które daje nadzieję na to, że pewnego dnia może to nastąpi.

Mówię mu, że go kocham. Ale tak do końca nie wiem, jaka to jest miłość. Jestem o niego zazdrosna. Dobrze mi z nim, ze świadomością, że on się o mnie troszczy, naprawia moje rzeczy, kupuje mi ulubiony chleb i postrzega jako piękną. Radość sprawia mi troszczenie się o niego, podwożenie do pracy, zrobienie kanapki czy wszelkie inne drobiazgi, którymi mogę ułatwić bądź uprzyjemnić mu życie.

Najczęściej używane przez nas słowo to „kiedyś” – kiedyś pójdziemy na pizzę, kiedyś będziemy zbierać kasztany razem, kiedyś poszuramy butami w stertach pożółkłych liści, kiedyś pójdziemy do kina, kiedyś pojedziemy pociągiem, kiedyś on podwiezie nas, kiedyś on przyjdzie do mnie do domu, kiedyś uszyje mi pasek, kiedyś napisze mi list, kiedyś zrobię mu szalik na drutach, kiedyś upiekę mu owsiane ciasteczka, kiedyś opowie mi o swoich kolekcjach, kiedyś zagramy w Batmana, kiedyś… – brzmi jak planowanie wspólnej przyszłości, wbrew wszystkiemu, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew zobowiązaniom i odpowiedzialności.

Tak strasznie dużo nas różni, a tak dobrze potrafimy się zrozumieć. Nie wiem, dlaczego nasze drogi się spotkały. Wszystko jest po coś. Ale teraz jeszcze nie wiem, po co, choć myślę, że nawet jeśli tylko po to, bym nie poddała się i nadal ogarniała dzieci i swoje życie, to już jest bardzo, bardzo dużo.

 

Nomad

Zastanawiam się właśnie, ile z ostatnich 21 nocy spędziłam we własnym łóżku. Jedną? Nawet, jeśli kilka razy spałam w domu, to na kanapie. Sypiałam w hotelach, u rodziny, u mamy. Miałam nadzieję, że coś się poskleja, poukłada. A wszystko się rozsypuje. Moje podróże między jednym domem a drugim, z dzieckiem, psem, laptopem i garstką ubrań stały się już tak męczące, że gdy dziś po tym, jak przewiozłam całą masę pakunków, dziecko i psa do domu i od razu usłyszałam, że lepiej, bym jednak poszła spać do mamy, coś we mnie pękło. Ja wiem, że remont, to, tamto, ale ja już nie chcę tak kursować. Chciałabym mieć swoje miejsce na ziemi, dla mnie, dzieci i psa. Zastanawiam się, czy jestem gotowa zrobić tam miejsce jeszcze dla kogoś. I chyba nie.

Poznałam kogoś. Przez te kilka tygodni tak dużo się działo, nieprzespane noce, tysiące słów przesłanych drogą elektroniczną, długie rozmowy telefoniczne, osobiste. Może nawet przez moment pomyślałam, kiedy zapytał, co bym zrobiła, gdyby się oświadczył, że to może być jakaś bardzo ważna relacja, ale w tej chwili czuję tylko jakieś kolejne wewnętrzne rozdarcie, żal, ból, poczucie wykorzystania. Przecież ja to już przerabiałam z panem K. Nie potrzebuję godzić się na wszystko, zabiegać, ustępować, dostosowywać się, chcę zadbać o siebie samą. Spotykać się z ludźmi, śmiać, pić latte, czytać książki, podróżować. Chcę malować się kiedy mam na to ochotę, a nie dlatego, że ktoś woli mnie umalowaną. Tak samo z pończochami czy butami na wysokim obcasie, noszę je dla siebie.

U siebie czuję się tylko w samochodzie. I teraz trochę u mamy, gdzie nocowałam przez większość nocy w minionych tygodniach i gdzie dziś znów będę spać. Pies zasnął, dzieci jeszcze nie.

Czuję, że potrzebny mi ktoś, kto pomoże ogarniać codzienność, dzieci, psa, dom. Ale najlepszą pomocą dla mnie samej jestem ja sama. Niezawodna.

Kilka tygodni wypełnionych adrenaliną, nowymi doznaniami, jakbym coś brała, co wyłącza moje hamulce, pozwala maksymalnie cieszyć się z każdego, nawet najmniejszego drobiazgu, wymyślać szczęśliwe zakończenia i dostrzegać pozytywy każdej, nawet tej najtrudniejszej sytuacji.

Tylko teraz jakoś trudno mi funkcjonować, jak przez te ostatnie tygodnie. Znaleźć pozytywy tej sytuacji. Może to przez brak snu, a może to już dekrystalizacja i przestałam idealizować.

Mam długie paznokcie, dawno już takich długich nie miałam, nie pomalowałam ich, bo siedziałam nad trudnym zleceniem i każdej chwili mi było szkoda.

Kiedy czuję, że daję siebie całą, tak bardzo, że już nie zostaje nic dla mnie samej, a nagle zderzam się z tym, że ktoś nie chce mi podarować nawet maleńkiego kawałka siebie, swojego czasu – to paskudnie boli. Płaczę, może z bezsilności, a może z rozczarowania, z takiego poczucia, że czegoś się spodziewałam, czegoś oczekiwałam, a rzeczywistość rozminęła się z tymi oczekiwaniami.

Taki dziwny ucisk w klatce piersiowej, nie, nie taki, jak kiedyś, taki ucisk, któremu towarzyszą słone strużki na twarzy. Rozmazany obraz, drżące dłonie.

Całe życie jest podróżą. Pamiętam, jak kiedyś, jedyny raz, w czasie pewnej podróży poczułam, że przyjechałam do siebie, jakbym wróciła po długiej nieobecności do domu, a byłam tam pierwszy raz. Bardziej, niż za tym miejscem tęsknię za tamtym uczuciem.

Może dlatego czuję, jakbym ciągle czegoś szukała. Staram się cieszyć tym, co mam, brać, co życie mi daje. Ale wciąż czuję, że czegoś mi brakuje, że jeszcze nie znalazłam tego, czego szukam, tego, co jest mi potrzebne.

Wracam do punktu wyjścia, do wyprawy nad morze, do tego, że szukam siebie samej, sensu życia, równowagi między dawaniem siebie a dawaniem sobie.

Czuję, że ciągle jestem w trasie. Wieczny nomad. Nawet na krześle przy kuchennym stole jestem daleko od domu. Ale mam wrażenie, że coraz bliżej siebie samej.

 

Żuraw i Papla

Wróciłam do domu, pełna dobrych chęci, zapału, pewnie jak każdy, kto ma nadzieję rozpocząć nowy rozdział swojego życia. Ale życie znów dało mi po nosie.

Pomimo cudnych, wieczornych rozmów i poczucia, że mąż za mną tęskni tak, jak ja za nim, po powrocie poczułam się jak mebel postawiony w kącie. Co prawda wczoraj poszliśmy na rocznicową kolację (wróciłam strasznie późno do domu, Starszy przyjechał ze mną, mąż czekał na nas, zaproponował wspólne wyjście), nawet byłam zaskoczona tym, że wieczór mijał bardzo spokojnie, ale kiedy wróciliśmy do domu, Starszy poszedł spać, mąż też od razu usnął. Nie pamiętam, o czym myślałam przed zaśnięciem, ale pamiętam uczucie rozczarowania.

Dzisiejszy dzień mijał w podobnym klimacie, z mężem podnoszącym na mnie głos z byle powodu, obrażonym (bo próbowałam go przekonać, że do auta nie zmieszczę kabiny prysznicowej, mimo złożonych siedzeń), zarzucił mi, że wywalam pieniądze w błoto (prosiłam, by zapłacił za transport odpowiednim pojazdem), a wieczorem, gdy już wróciłam z zakupów do domu, znów utknął nad komputerem.

Może to jest tak, że się znów mijamy, że kiedy ja robię wszystko, by mu pokazać że jest dla mnie ważny, to on mnie totalnie ignoruje. Próbowałam mu powiedzieć, jak się czuję (niezauważana, niekochana), ale on odparł, że to na pewno dlatego musiałam jechać na tydzień nad morze. Więc o to chodziło… Gdzieś jeszcze boli go to, że pojechałam sama, choć udawał, że akceptuje mój wyjazd.

Jego obojętność jest po prostu przykra. Nie mam ochoty gotować dla niego, choć planowałam naleśniki z owocami, serkiem i bitą śmietaną, jego ulubione, też tracę ochotę na jakiekolwiek starania. Jak byłam daleko, jakoś nam się dobrze wieczorami rozmawiało. Wróciłam i czuję się jak z obcą osobą, niby jest poprawnie, ale tak neutralnie, jakby mnie nie było. Mam wrażenie, że zrobiłam z siebie kompletną idiotkę, starając się pokazać, jak mi zależy. Paradoksalnie, wcale nie przekłada się to na poczucie, że z innej miski lepiej bym się najadła. Obie miski puste, mam w życiu nowy cel – uszczęśliwianie siebie, bo uszczęśliwianie innych, choć całkiem nieźle mi wychodzi, na dłuższą metę jest męczące i unieszczęśliwia mnie samą…

Spotkałam się z koleżankami, przegadałyśmy wiele godzin, cudowny czas, złapałam się na tym, że potrafię bardzo barwnie opowiadać, kolejny raz wciągu 24 godzin usłyszałam, opowiadając o moim życiu, że powinnam napisać książkę. Może to jest element celu, jakim jest uszczęśliwianie mnie samej. Mąż uważa, że za dużo mówię, że ciągle paplam. Że niepotrzebnie rozmawiam z innymi o moich sprawach, o dzieciach. Może dlatego, że on nie rozmawia, odreagowuje potem wrzeszcząc na mnie (i na innych).

Kupiłam dla Młodszego kolorowe skarpetki, jedna w jeżyki, a druga w jabłuszka, obie w podobnej tonacji. Młodszy skakał z radości, bo uwielbia kolorowe skarpetki, dziś znów chodził w dwóch różnych. Dla męża kupiłam skarpetki w jamniki, a on powiedział, że absolutnie nie zamierza ich nosić, bo woli skarpetki jednolite, dwie takie same. Odparłam, że kompletnie pod tym względem nie pasujemy do siebie. Nawet w gustach skarpetkowych się mijamy. Pan Żuraw i Pani Papla.